Z pamiętnika pracownika: Dzień I

dnia

Jestem już ful tajm imploje! ()

Od teraz mój rytm dobowy będzie się toczył od brifu do dedlajnu. Rodzina dumna, bank odetchnął z ulgą, gastrolog zaciera ręce. Zamiast worka z muchomorkiem mam swój badż, lancz brejk zamiast drugiego śniadania, własnego pogania… menadżera od czelendżów, timowe dedlajny (słowo klucz, bo pytanie o termin realizacji projektu stawiane jest przed pytaniem o to co właściwie jest do zrobienia), kejpiaje, targety no i fakapy (tych nie lubimy, bo wtedy nie ma aprejsali) związane ze zbyt słabym sfokusowaniem się na ekszyn pointach (jeżeli przekroczymy dedlajn to mamy fakap, któremu musi się stawić czelendż a jeśli nie potrafi się czegoś zrobić, zostanie się wtedy odpowiednio skołczowanym. Albo wysłanym na korporacyjny Sybir czyli ałtsors). Jednak w porównaniu do innych pracowników, ja od fakapów zaczynam miesiąc a nie kończę…

Kojarzy ktoś reklamę Mentosów sprzed kilkunastu lat, w której świeżo upieczony pracownik korpo idzie do pracy, a że nie jest odpowiednio sfokusowany (może bez śniadania?), to siada wygarniturowanym tyłkiem na świeżo pomalowanej ławce? Normalny człowiek odwołałby miting w pracy, żeby tylko nie wyjść na życiową fleję i pozbawić się szansy na wyścig do zawału serca jeszcze zanim ktoś przestanie mylić jego twarz z twarzą kuriera. Ale, że to reklama i pan zjadł Mentosa, który dał mu +100 do życiowego sprytu, to wymyślił apgrejd owego garnituru, mianowicie wziął się cały na tej pomalowanej ławce położył i nie tyle dostał pracę co stworzył modę na garnitur w prążki.

Otóż ja przy podpisywaniu umowy miałam podobny przypadek. Tylko bez garnituru za to z białą bluzką i roztopioną czekoladką, która wpadając mi za dekolt spłynęła kaskadowo aż do lewej miseczki w staniku tworząc malowniczą plamę rozciągającą się praktycznie od pachy po kołnierzyk. Okazuje się, że próbując wyczyścić czekoladowy zaciek robi się już totalna katastrofa, dekoltowy potop szwedzki (mimo, że czekoladka szwajcarska), no kupa na przedzie z brakiem złudzeń na poprawę sytuacji w warunkach ulicznych. Niestety nie miałam mentosów i wpadłam na jedyny sensowny (…) pomysł, ustanawiając modę na noszenie bluzek tył na przód i chodzenie tyłem blisko ściany. Po wygryzieniu metki i kolejnym przesunięciu granic zacieku (tym razem od łopatki po pępek), pokłusowałam jak rozhisteryzowane źrebię w stronę wind  (no bo ten tajming!)
Pech chciał, że po drodze był winkiel a za winklem pan z kubkiem kawy. Pełnym i niestabilnym jak się okazało i jakby mnie tak ktoś wtedy polizał (po tej bluzce oczywiście), to mogłabym się stać uosobieniem bidy z nędzą o zapachu syropu czekoladowo-kawowego, taką korporacyjną definicją mochaccino na skraju załamania nerwowego.

Jeżeli chodzi o życiowego farta to mam podstawowe braki.

rachel

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s