Głód!

dnia

Na zdj. wiecznie głodny Joey z Przyjaciół

Jak długo nie jem to oczywiste, że robię się głodna. Nieoczywiste jest, że zarazem też strasznie upierdliwa. Jeżeli pomiędzy śniadaniem a obiadem mijają więcej niż trzy godziny automatycznie inicjowany jest eksperyment społeczny polegający na tym, ilu ludzi zdążę obrazić zanim coś zjem. No u mnie gen miłości do bliźniego leży najprawdopodobniej dość blisko ośrodka sytości i w ogóle wyobrażam sobie to tak, że jak ośrodek sytości jest biedny, smutny i opuszczony bo brzuch mu nie dał sygnału, że oho! zaczęła się pora karmienia to w tym całym poczuciu beznadziejnego zapomnienia robi burdę w punkcie „miłość do bliźniego etc.” kopie go po kostkach, rozbija talerze, zrywa tapety ze ścian, no dantejskie sceny, koniec świata, cyrk. Dużo osób wie, że zanim się znacznie ze mną załatwiać coś ważnego, to trzeba się upewnić czy nie jestem głodna (czy jadłam a czy jestem głodna to są proszę państwa DWIE RÓŻNE RZECZY). Wiedzą też, że jeżeli nie jadłam a już zaczęli mówić o ważnych i trudnych sprawach i za późno się zorientowali, że trawię ich wzrokiem to należy rzucić mi coś do jedzenia i oddalić się na bezpieczną odległość.

Godzina karmienia wybiła mi przed chwilą ale na szczęście byłam w miejscu gdzie karmią uczciwie tzn na kilogramy. I tak sobie siedzę i jem i powoli odtykają mi się zmysły i zaczynam wyłapywać, że obok siedzą ludzie i też jedzą i gadają. No to słucham, ja to nazywam psychologiczną uważnością społeczną a moja mama po prostu ordynarnym podsłuchiwaniem, wielkie mi halo, ludzie wypowiadają takie ilości złotych myśli na godzinę, że gdyby każda z nich świeciła to człowiek byłby chodzącą fabryką żarówek albo kasynem w Las Vegas. A ja naprawdę lubię tego wszystkiego słuchać!

Sytuacja taka: po lewej siedzą dwie młode kobiety (widać, że na diecie, bo obie zjadły po burgerze, porcji frytek, małej sałatce i popijają wodę), okazuje się, że to nauczycielki (szok bo myślałam, że ciało pedagogiczne żywi się głównie łzami swoich uczniów) i dyskutują o drugich śniadaniach dzieciaków w swoich klasach. Ale nie na zasadzie któremu Brajanowi korpomatka zrobiła sushi na drugie śniadanie albo czy Dżesika zjadła trzy paczki czipsów i odmówiła jabłka, tłumacząc, że zielony to nie kolor, tylko kto w ogóle miał co jeść dzisiaj i czy aby na pewno nie chodzi głodny. Że pół kromki chleba z masłem to za mało żeby liczyć pole kwadratu albo dowiadywać się, że Kraków nie jest stolicą Polski (dla mnie to był na przykład szok i musiałam od razu iść do sklepiku pokrzepić się drożdżówką). Oto patrzę na nieliczne przedstawicielki gatunku „prawdziwy pedagog”, który zamiast myśleć nad najgłupszym tematem wypracowania, które zada na piątek, myśli, czy dzieci w jego klasie mają szczęśliwe brzuszki i tym samym szansę na szczęśliwe głowy. Szacun.

Więc serio wzruszyłam się, nie dlatego że kelnerka przyniosła mi deser „na koszt firmy” tylko dlatego, że gatunek wrażliwych i wyczulonych na biedne dzieci nauczycieli nie wymarł, że są tacy którzy realnie interesują się jakie dziecko ma życie i czy można coś zrobić, żeby było lepsze. I z tego miejsca chciałabym podziękować mojej licealnej wychowawczyni, która pewnego styczniowego popołudnia przyjechała do mnie do domu z 20 pączkami i pytaniem, czy wszystko u mniej okej, bo ostatnio nie zakłócam porządku na lekcjach i odrabiam wszystkie zadania domowe z fizyki. A TO JEST WYSOCE PODEJRZANE.

I przypomniała mi się też najlepsza reklama na świecie. No to się podzielę. Reklamą nie pączkami, bo tamte zjadłyśmy wtedy we trzy z moją mamą i z poczuciem, że to jedne z lepszych kalorii jakie weszły mi w życiu w biodra.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s