Gorączka podróżna

Na zdj. kadr z serialu „Game of Thrones”, twórcy D. Benioff, D.B.Weiss

Jestem już w tej fazie jechania pociągiem, kiedy wkurwia mnie już dosłownie wszystko. A to, że ludzie za głośno mrugają i mlaszczą, że w ogóle oddychają, że za duszno, a że głowa boli od chrapania pana obok co to ma chyba taki przerost migdałków, że sięgają mu po same jaja, a to że noga ścierpła i zastanawiam się, czy kiedykolwiek odzyskam w niej czucie a jak nie odzyskam to czy należy mi się jakaś rekompensata od PKP, że pan z wózkiem zaczepił o fotel i najprawdopodobniej mam wstrząs mózgu, że pani naprzeciwko osiemsetny raz tłumaczy mężowi przez telefon, że dach w ich nowym domu ma być CZE RWO NY! I KONIEC KROPKA. Jeszcze raz zadzwoni a przysiegam wezmę ten telefon i rozsmaruje go na jej twarzy w taki sposób, że będzie można użyć go jako blachodachówki. CZE RWO NEJ.
Że żarty z Angory są i owszem śmieszne, ale jak się je czyta samemu a nie słucha wybuchajacej raz po raz pasażerki: „ahahahahahaa! ojacieniemogę! Dooobre!”. Umówmy się – nawet święty by nie wytrzymał a ja spałam tylko pięć godzin i nie zjadłam śniadania! (I nie mamo, kanapka i okrzyki „gryź szybciej!” się nie liczy!)
Na to wszystko nad głową pasażerki nazwanej roboczo „dokumentalistką kolejową”, która robi zdjęcia pejzażom, budynkom, krowom na pastwiskach za pociągowym oknem (mogłaby prowadzić kursy dla azjatyckich wycieczek na temat fotografowania wszystkiego) i pana, który jedzie już 3 godzinę z rozpiętymi spodniami i majtkami na wierzchu (dzięki Bogu za wynalazek bielizny!) wisi tabliczka z regulaminem kulturalnego podróżowania, o tym jak ważna jest cisza i kultura osobista w pociągu.

HA HA HA. Niech ktoś zatrzyma tą karuzelę śmiechu.

Nic nie dało nawet czekoladowe ciastko, które kupił mój przewidujący-prawie-wszystko chłopak, mające na celu zajęcie mojej uwagi na piętnaście najgorszych minut podróży. Biorąc oczywiście pod uwagę, że podróż trwałaby całe 15 minut. No więc nawet to ciastko mające być opatrunkiem na moje skołatane podróżą serce i zszarpane przeżywaniem procesu socjalizacji nerwy nie dało sobie rady, właściwie spełniło by role tylko wtedy gdybym ulepiła dwie kulki z czekolady i wepchnęła je sobie głęboko w uszy. Ale na to, prawda wpadłam dopiero jak już zjadłam ciastko.

I nagle po raz siódmy naszej sąsiadce zadzwonił telefon, ale zanim spuszczę z łańcucha potwora własnej irytacji i rozpętam świętą wojnę (💣💥🔫) to poczekajmy chwilę, posłuchajmy, upewnijmy się. Chwila ciszy, szok dla organizmu, że nie docierają do niego żadne dźwięki… Wtem znowu „I will survive” (…no nie byłabym taka pewna…) trzy zwrotki i refren, bo telefon był na dnie torby.
Poczułam się jak głodny labrador, któremu rozpylono w pokoju zapach ciastek z cielęciną i kurczakiem…

Zostańcie z nami! W następnym odcinku dowiecie się, czy pasażerka przeżyła.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s