O psychologach, czekoladowych ciastkach i robieniu w ciula.

dnia

Dzisiaj na smutno (bo raz, że siedzę na konferencji o zaburzeniach psychicznych i zdiagnozowałam u siebie już wszystkie, a dwa, że skończyły się czekoladowe ciastka). Tak sobie siedzę, słucham, wybieram dla siebie z folderu jakiś pokój na oddziale zamkniętym z ładnym widokiem na las… i dochodzę do wniosku, że właściwie całkiem skutecznie krzywdę w życiu robimy sobie sami.

Weźmy na przykład wyświechtaną na wszystkie strony świata i na pozór wszechobecną miłość. Prawdą jest to, że jest fundamentem zdrowia psychicznego (obok wolności, rozwoju, różnorodności zajęć, prawdy i takich tam). Mitem, że każdy wie o co w miłości chodzi. A jak człowiek myśli, że wszystko sobie ładnie rozkminił, zjadł ten ostatni rozum i nie chce wiedzieć nic więcej to znaczy, że bardzo mi przykro, ale utknął w obrotowych drzwiach ewolucji. Dopełzł do ślepego zaułka rozwoju. Weźmy na przykład taką mnie (to, że lubię być w centrum zainteresowania wie chyba każdy, nawet studenci, bo nie daje sobie przerwać ani dojść komuś do głosu, nawet jak się okazuje, że ktoś chciał tylko do toalety a nie podważać niepodważalny temat zajęć), kminie sobie często po cichutku o co w tym całym życiowym bajzlu chodzi (i nie, nie doszłam jeszcze do żadnych wniosków), kminie i nie wiem, czy to świat oszalał, czy jednak ja (i nie, to nie jest ankieta, w której czytelnik ma dokonać wyboru).

Bo ogólnie dałoby się zrobić ten świat odrobinę znośniejszy. Przepis jest prosty.

Uwaga:

Przestańmy się nawzajem robić nałogowo w ciula. I dawać robić.

Żony mężów, że owszem są zajebiście spełnione tym dziesięcioletnim smażeniem kotletów i nic, absolutnie nic od życia nie potrzebują i to jest ich szczyt samorozwoju. Stać i smażyć, równo z obu stron.

Mężowie swoje żony, że wcale im nie przeszkadza, że przestały się malować, depilować wąs nad… górną wargą i naciągają majty aż pod samą brodę. Trzecią brodę. I, że wcale nowa stażystka w ich dziale nie jest najciekawszym widokiem, jaki mieli szansę oglądać w ciągu ostatnich… od nie wiadomo kiedy.

Dzieci rodziców, że jasne, są szczęśliwe w domu, w którym wymaga się szacunku, ale się go nie okazuje. Rodzice dzieci, że są genetycznym arcydziełem a wychowywanie ich, to było ukoronowanie życia i nic się z tym nie może równać (chyba, że wieczność w piekle).

Sąsiedzi sąsiadów, że nie mają nic przeciwko, że pies nasrał im znowu na wypielęgnowany trawnik. Chrześcijanie spowiednika, że już nigdy więcej nie zgrzeszą. Politycy, że się wywiążą z obietnic. Dzieci stomatologów, że przestaną jeść słodycze i zaczną myć zęby.

Są rozwiązania, do zastosowania na już. Okazywać sobie więcej szacunku. Rozmawiać ze sobą, a nie mówić do siebie i udawać, że oczekuje się odpowiedzi. Albo być niezadowolonym z tej udzielonej.

No więc, Ci dzisiejsi psycholodzy zastanawiają się czym jest miłość, na czym powinna polegać, kto kogo kocha  a kto tylko udaje. Że myślenie niektórych boli, to jedzą te ciastka, żeby o tym bólu trochę zapomnieć, myślą, modzą, debatują, że może razem, że może trochę osobno, że może tak, że może srak. Kolejny raz chcą krzyknąć eureka! albo wynaleźć koło. Efekt taki, że ciastka zeżarte a recepty na wieczną młodość, nieustającą miłość ani choćby na gazy nie ma.

A przecież życie w związku rządzi się podobnymi prawami, nie można się robić w ciula. Że „my” to coś więcej niż „Ty” i „ja”, że „razem” to nie „osobno ale koło siebie”, to też nie „my” kontra „oni”, bycie razem nie może polegać głownie na tym, że mamy komu wysłać co rano wirtualnego buziaczka, selfie z boomeranga albo oznaczyć się w poście i udawać, że tak jest ok. Chodzi o tą prawdziwą bliskość, żeby chcieć móc się złapać za rękę, żeby móc się szturchnąć bosą stopą pod stołem przy śniadaniu, żeby ze sobą być a nie udawać życia razem. Nie ma zamiennika dotyku, objęcia, buziaka na dobranoc. A jeżeli traktujemy zamienniki i zastępstwo prawdziwego człowieka nie jako dodatek ale jako wartość wtedy dzieje się źle.

Szczególnie w tych czasach, kiedy łatwiej spłacić ratę kredytu niż kupić kostkę masła.

up-2

Nie mogę spotykać się z innymi psychologami, bo z postu o tym, że zeżarli wszystkie czekoladowe ciastka zrobił się socjologiczny manifest, wysysają ze mnie moje zwykłe codzienne niezadowolenie z życia.

Zupełnie jak dementorzy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s