„A teraz idziemy na jednego…”

dnia

Na zdj. kadr z filmu „The Hangover”, reż. Todd Phillips

„Z alkoholem jest jak z wyścigiem zbrojeń – nigdy nie wiadomo kiedy przestać.” 

Kabaret Moralnego Niepokoju

I dzień dobry Państwu o tej szesnastej, dziś przychodzę z taką miłą wiadomością, którą przeczytałam w porannej prasie internetowej, jako że najnowsze odkrycia medyczne potwierdzają, że alkoholizm chorobą nie jest – zaś za jednostkę chorobową uważany jest kac. I my dzisiaj w domu taki oto przypadek choroby mamy i to mamy strasznie.

Bo o jedenastej Bartek wciąż spał po wczorajszym świętowaniu zakończenia stanu kawalerskiego swojego kolegi (nie wiem czy bardziej pił z radości, że kolega taki szczęśliwy, czy bardziej z ulgi że to ciągle nie jego impreza), który to kolega jest bohaterem zbiorowym wszystkich par i małżeństw, bo bankowo, każdy mężczyzna na tym świecie ma gdzieś tam takiego swojego kolegę , z którym wychodzi na jedno piwo, a wraca po trzynastu, z „Bogurodzicą” na ustach, bez buta, ale za to w pióropuszu indiańskim i z tatuażem na środku czoła.

Otóż przez ostatnie dwa dni balsamowaliśmy się od środka na cześć kolegi i jego świeżo opanierowanego małżeństwa napojami znacznie ułatwiającymi socjalizację, a że z reguły nie mamy z tym problemu to wydaje mi się, że po takich dawkach powinniśmy  bez problemu zostać królem i królową balu (a może nawet zostaliśmy, tylko żadne z nas nie pamięta). I w ogóle ostatnio zauważyłam tendencję, że pić to my możemy pod warunkiem, że napój jest pity z umiarem i jednak całkiem bezalkoholowy, bo jak się okazuje, to wczoraj trwały dyskusje na temat geopolitycznego przemeblowania świata tak poważne i zaawansowane, że pakt Ribbentrop-Mołotow to przy nich tylko gra w Monopol, świat się naprawiał a miłość kwitła. A potem niespodziewanie przyszło dzisiaj i wszystkie plany odeszły w niepamięć, bo człowiek musiał spriorytetyzować swoje istnienie na poszukiwanie odpowiedzi na inne – najważniejsze w tym momencie pytania, to jest: gdzie jest woda i czemu ten kot tak strasznie tupie?

No i dzisiaj zanim Bartek odnalazł swój mózg w pościeli ja już serwowałam śniadanie, macerowałam mięso na obiad, posortowałam pranie, wyszorowałam kibel i łazienkę (przecież czyste fugi są ważniejsze niż zdrowy rozsądek). Koło południa wstał a przynajmniej starał się przyjąć pozycję spionizowaną dając ewolucjonistom po raz kolejny dowód dlaczego przyjmowanie pozycji dwunożnej zajęło tyle milionów lat. Serio, jak go kocham tak po jego wyglądzie stwierdzam, że koniec jest blisko i to będzie taki koniec ostateczny z głową na muszli klozetowej przerywany zapewnieniami, że „już nigdy więcej, że po co mi to było, że weź podaj papier i ołówek bo spisze testament zapisując w nim wszystkie swoje skarpety, resztę masła orzechowego i dług na allegro mnie, bo z tym schowanym w szafce snickersem to on chce być pochowany”.

Widzę, że od godziny męczy go coś więcej niż refluks o konsystencji budyniu, łazi zmięty, wzdycha i nagle mówi: „ja nie wiem czemu śpiewają, że idziemy na jednego, jak nigdy na jednym się nie kończy”.

Doprawdy ja też nie wiem dlaczego w takich sytuacjach jeden równa się osiem… naście.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s